Witold Skaczkiewicz

Archiwum z roku 2009

017 – Część druga – Rozdział pierwszy/2

In Animal Farm II on 25 maj 2009 at 21:09

Myszy często chodziły spać z pustymi brzuszkami! A to, dlatego, że pominięto je przy podziale dóbr. Być może, dlatego, że to takie maleńkie żyjątka? Może dlatego, że to urodzone złodziejki? Zapewne pomyślano sobie, że skoro zawsze kradły to i teraz zapewne będą, więc, po co zawracać sobie nimi głowę.
To i kradły.
Najbardziej były szczęśliwe, gdy na Folwarku była jakaś uroczystość, bo wówczas odwoływano brytany pilnujące spichlerz do innych, ważniejszych zajęć – najczęściej do ochrony, występujących publicznie świń. Wówczas myszy, przez nikogo nie niepokojone, korzystały do woli z zawartości spichlerza.
Pat kiedyś opowiadał, że Pini tak gwałtownie jadła, że musiała kilka godzin ukrywać się w stodole, Tak napchała sobie brzuszek, że nie mogła się przecisnąć przez dziurę.
- Pini! Uważaj na kwiaty! – krzyczał Pat wspinając się w stronę dziury w ścianie, pod którą, w specjalnie zbudowanej szklarence, rosły niespotykane bardzo kolczaste odmiany róż.
- Mógłbyś mi czasami przynieść jakiś bukiecik! – wrzasnęła Pini do ucha Pata i obie myszy zniknęły w czeluściach spichlerza.
Inne zwierzęta, te, które codziennie nadzwyczaj ciężko pracowały, miały (co zrozumiałe) głowy nisko pochylone i dlatego dopiero po jakimś czasie dostrzegły dziwnie pomalowane gołębie.
- Te głuptasy zawsze coś wymyślą! Czy to karnawał, że się tak udekorowały? – spytał ktoś, lecz nie uzyskał odpowiedzi, bo w tej samej chwili, niczym grom z jasnego nieba, huknęła najsmutniejsza ze smutnych wiadomość: „Towarzysz Napoleon nie żyje!”
Początkowo myślano, że to prowokacja. Ale (na wszelki wypadek) wszyscy zanieśli się płaczem. Nikt się nie oszczędzał. Wprawdzie wiadomo było, że ostatnio nie działo się najlepiej, ale przecież nie było w tym żadnej winy Towarzysza Napoleona.
Przecież on, ojciec i wódz wszystkich zwierząt świata, starał się i czynił najlepiej jak mógł. Całe swoje pracowite życie poświęcił zwierzętom, broniąc ich przed zakusami kontrrewolucji. Bronił i chronił. A jeżeli było trzeba, surowo zganił, nawet ukarał, ale przecież czynił to dla dobra wszystkich! Sprawiedliwie, i w imię światłych celów Rewolucji, której jak się okazało poświęcił całe swoje życie.
Czy taki Wspaniały Towarzysz mógłby nie żyć???
To przecież nie jest możliwe!

016 – Część druga – Rozdział pierwszy/1

In Animal Farm II on 24 maj 2009 at 19:04

Część druga
Rozdział pierwszy
Miał to być kolejny, pracowity dzień na Folwarku Zwierząt – niczym nie różniący się od poprzednich. A tu, z niewiadomych powodów, gołębie wyleciały później niż zwykle….
- Patrzcie, jak te leniwe śmierdziele wyglądają! Zupełnie im odbiło… Nie dość, że te przydupasy stale leniuchują, to jeszcze jakieś żarty sobie stroją! – Po Folwarku rozległy się słowa, w zasadzie niedopuszczalnej, krytyki.
A na niebie działy się rzeczy dziwne: oto wszystkie szybujące pod niebem gołębie, dotychczas śnieżnobiałe, dziś miały skrzydła czarne. I gdyby takich wariatów było chociaż kilka, można by wówczas powiedzieć, że robią sobie głupi żart.
Ale wszystkie? Bez wyjątku!?
Nie zwiastowało to niczego dobrego.
- Cóż to im się stało? – zapytała, jak zwykle przestraszona maleńka myszka Pini, swojego towarzysza życia, równie strachliwego Pata.
- Nie wiem, nie wiem, ale jak znam życie, to nic dobrego…
- Pat stojąc na tylnych łapach, wpatrywał się w niebo. Tak wysoko zadarł swoją małą główkę i tak wyciągnął swoje ciało, że Pini rozdziawiła buzie. Przez moment wydało jej się że Pat jest wielkim szczurem.
- Och! Pat! Jaki ty jesteś piękny, taki wielki… – Pini patrzyła na Pata z podziwem.
- Pini! Spójrz tam… Popatrz! W pałacu zasłaniają okna czarnym materiałem… – Pat zachęcał przyjaciółkę by weszła mu na czubek głowy.
Rzeczywiście, w dawnym domu pana Jonesa nazywanym przez myszy, pałacem, świnie zasłaniały okna kirem.
Myszki patrzyły zdumione. Nic nie rozumiały. Wreszcie Pat, nie wiadomo czy dlatego że odczuł ciężar stojącej mu na głowie Pini, czy może z autentycznego znudzenia powiedział: – Wiesz, co, Pini… Nic mnie to nie obchodzi. Ta sprawa śmierdzi!
Gołębie na czarno, okna na czarno, kruki na czarno…. Tak czy inaczej to nie nasz interes. Spadamy stąd… Chodźmy do spichlerza! Najemy się wreszcie do syta, marzę o tym od kilku dni.

015 – Część pierwsza – Rozdział siódmy

In 015 - Część pierwsza - Rozdział siódmy, Animal Farm II on 3 maj 2009 at 20:00

Rozdział siódmy
Wśród zwierząt żyjących w Wielkiej Republice Zwierząt, rozeszła się plotka, że zwierzęta żyjące poza Folwarkiem mają większe niż oni prawa i przywileje; większe niż te zwierzęta, które realizują szczytne cele Animalizmu. Mówiono, że zwierzęta pracują tam pięć dni w tygodniu, że każde z nich ma osobny boks, który jest co roku świeżo malowany, że w stajniach, oborach i chlewach jest klimatyzacja – zupełnie nieznana mieszkańcom Folwarku.
Wszędobylskie sikorki doniosły również, że w dni wolne od pracy zwierzęta są myte i czyszczone a także, że dostają wiązkę siana o takim zapachu, jaki można sobie wymarzyć.
Doszły również słuchy, że ukarano jakiegoś człowieka za to, że pobił swoje zwierzę. Zdumiewające było, że uczynili to inni ludzie. Mówiono również, że zwierzęta mają swoje prawa zapisane w Kodeksie Praw Zwierząt, który jest bezwzględnie przestrzegany.
Dowiedziano się również, że ludzie przyznali szczurom olbrzymie odszkodowania za zbrodnie, których dopuścił się Jones, oraz wydzielono dla nich kilka hektarów gruntu by mogły żyć jak u siebie.
A na Folwarku świnie ogłosiły swój program gospodarczy, dzięki któremu bardzo szybko Folwark Zwierząt miał stać się potęgą gospodarczą.
Aby ten wymarzony cel osiągnąć, wszyscy muszą pracować po szesnaście godzin, siedem dni w tygodniu. Ten wysiłek ma być krótkotrwały i w efekcie przyniesie to, że za rok lub dwa, a najdalej trzy, wszystkie zwierzęta będą pracowały cztery dni w tygodniu, a w pozostałe będą oddawać się uciechom, o jakim zwierzęta mieszkające poza Folwarkiem nie mogą nawet marzyć.
Ogłoszono również, że na ten krótki okres zawiesza się wszelkie prawa zwierząt.
- Teraz trzeba pracować a nie bawić się w dyskutowanie, czy inne filozofowanie – powiedział Napoleon – Trzeba ze wszystkich sił pomnażać dorobek dla oczywistego dobra, Wspólnej Świetlistej Animalistycznej Przyszłości.
Wydawało się, że większość zwierząt to znakomicie rozumie i z ufnością zniosą dolegliwości dnia codziennego.
Trochę się dziwili, że świnie chodzą na dwóch nogach, że popijają sobie piwo i mocniejsze trunki, jak również, że czasami w ich racicach pojawia się bat. Jednakże nawet ten, który miał to nieszczęście i został nim wysmagany, szybko rozumiał, że tylko dla jego dobra. A dla przyszłego swojego dobra można, a czasami nawet trzeba znieść i przykrości. Nic przecież nie ma za darmo.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

014 – Część pierwsza – Rozdział szósty

In 014 - Część pierwsza - Rozdział szósty, Animal Farm II on 2 maj 2009 at 20:00

Rozdział szósty
Dużo było pracy. Zniszczenia były wielkie, ale najważniejsza była praca na rzecz nowych towarzyszy, którzy, co prawda, dotychczas sympatyzowali z Folwarkiem Zwierząt, lecz nie mieli żadnego przygotowania ideologicznego.
Mieli natomiast różne niedobre przyzwyczajenia (na przykład gadali, co im ślina na język przyniesie) i dlatego jakże często, nawet sami o tym nie wiedząc, błądzili.
Teraz wreszcie mieli wyjątkową szansę przejść kursy edukacji prospołecznej i stać się pełnowartościowymi członkami społeczeństwa zwierząt.
BigPig, prawa ręka towarzysza Napoleona, sprawnie zorganizował Komitet Edukacji Odzyskanych Towarzyszy. Został oficjalnie mianowany jego rektorem i rozpoczął pracę.
W zasadzie program zmierzał do tego, by każde nowe zwierze doprowadziło swą umiejętność do tego stopnia, żeby umiało się podpisać pod deklaracją stwierdzającą lojalność wobec naczelnej władzy, którą jest Zjednoczone Stronnictwo Świń. One to, znakomicie wyedukowane w różnych dziedzinach niezbędnych do prowadzenia Folwarku, będą sprawowały kierownictwo nad innymi zwierzętami. Oczywiście dla ich dobra.
Większość zwierząt dopiero teraz zetknęła się ze słowem pisanym i miała znaczne kłopoty z opanowaniem podstaw kaligrafii. Z czytaniem było podobnie. Zapowiadało się, że towarzysz BigPig, będzie miał dużo bardzo ciężkiej pracy.
Pojawiły się również problemy: otóż świnie, dotychczas mieszkające poza Folwarkiem, a było ich dość dużo, zaczęły domagać się lepszej niż dotychczas strawy, wygodniejszych chlewów, a szczególnie wybudowania dla nich osobnych domów, podobnego do tych, który zajmowały świnie z Folwarku Zwierząt.
Żadnego problemu, ze znalezieniem swojego miejsca w nowym społeczeństwie, nie miały psy.
Już po kilku spotkaniach z towarzyszem Badlym szefem wyszkolenia obronnego, były gotowe do podjęcia każdego zadania. Towarzysz Badly wysłał je na szkolenie, które polegało na stałym pilnowaniu granicy oddzielającej tereny zdobyte od tych, którymi (jeszcze) administrowali ludzie. Psy dostały szczegółowe instrukcję. Wolno im było wpuszczać na teren zależny od Wielkiej Republiki Zwierząt każde zwierze, natomiast w żadnym wypadku nie wolno im było wypuścić kogokolwiek.
Reszta zwierząt pod kierownictwem towarzysza Squealera (jakże zasłużonego dla rewolucji), rozpoczęła naprawę zniszczeń spowodowanych wojną z ludźmi. Najpierw naprawiono i poszerzono aleję prowadzącą z bramy do domu w którym mieszkały świnie; nazwano ją Aleją Zwycięstwa.
Następnie ogrodzono znaczną część zdobytego terenu, na którym znajdowały się gorące bagna.
To była niełatwa i wyjątkowo droga inwestycja. Konieczność jej zrealizowania świnie wytłumaczyły ochroną przed zagrożeniem – „Musi być ogrodzone dla dobra zwierząt, aby żadne zwierze nie zrobiło sobie krzywdy”.
Gdy kiedyś przelatujący nad tym obszarem szpak zobaczył kilka świń kąpiących się w ciepłym błocie, i w trosce o ich życie zameldował o tym w Głównym Komitecie Bezpieczeństwa, wytłumaczono mu natychmiast, że świnie są bardzo rozsądne i nic im nie grozi. Że świnie za wiedzą GKB przeprowadzają eksperymenty naukowe, a on ma zakaz lotu nad tą strefą z powodu toksycznych oparów, które mogą mu uszkodzić skrzydła.
Ogłoszono również, że decyzją Wielkiego Zgromadzenia Świń, postanowiono założyć na Folwarku elektryczność i doprowadzić ciepłą wodę.
Był z tym niewielki problem. Elektrownia znajdowała się we władaniu ludzi, również tylko oni dysponowali ciepłą wodą i nie było jasności, czy z powodów ideologicznych jest to możliwe.
Grupa świń zwróciła się w tej sprawie do Naczelnego Komitetu Nadzoru Ideologicznego. Odpowiedź była pozytywna. Nie znaleziono przeszkód, tym bardziej, że na terenach rządzonych przez ludzi, po śmierci Atylli Jonesa zwierzętom działo się teraz lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.
Wyglądało na to, że pomiędzy ludźmi, a zwierzętami rozpocznie się harmonijna współpraca.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

013 – Część pierwsza – Rozdział piąty

In 013 - Część pierwsza - Rozdział piąty, Animal Farm II on 1 maj 2009 at 20:00

Rozdział piaty
Napoleon, zebrał sztab złożony ze świń i psów i przekazał im informację, że jutro zaczynają kontrofensywę i że wszyscy mają iść do przodu, a kto się cofnie choćby pół kroku temu on, knur Napoleon, osobiście rozbije głowę specjalnie w tym celu okutą racicą.
Już następnego dnia, gdy słońce pokazało całą swoją tarczę, zwierzęta z okrzykiem: „Huraaa! Bij dwunoga!” przekroczyły front.
Siedząc w fotelu na balkonie dawnego domu pana Jonesa, Napoleon przez tubę zrobioną ze starej rynny wykrzykiwał komendy. Pierwsza linia składała się z batalionu owiec i baranów, które pochyliwszy łby pędziły do przodu. Za nimi krowy rozwalały rogami wszystko to, co pozostało po ataku owiec. Kury, kaczki i gęsi robiły taki jazgot, że uszy pękały. Nawet sroki i niektóre wrony, latając na bezpiecznych odległościach zagrzewały do walki kracząc ile sił w płucach.
Trzy konie biegały tam i z powrotem, przynosząc Napoleonowi bezpośrednie wieści z frontu i zanosząc nowe rozkazy, które zawsze miały tą samą treść: „Atakować!”. Psy, jak to później opisywał Napoleon, taktycznie trzymane były w odwodach.
Ludzie, przerażeni ogromną falą maszerujących zwierząt porzucali swoje gospodarstwa, i ratując co się da, uciekali w popłochu.
A zwycięzcy szli do przodu, zajmując kolejne folwark i radośnie witani przez mieszkające tam zwierzęta.
Determinacja była tak wielka, że zapewne doszliby do końca świata, lecz gdy sroki przyniosły wiadomość, że Atylla Jones popełnił samobójstwo, Napoleon nakazał wstrzymać marsz.
Na nowych granicach rozkazał postawić zielone tablice z następującym ostrzeżeniem: „Ten teren jest sprzymierzony z Wielką Republiką Zwierząt, która zwycięskim marszem obaliła tyrana. Jakiekolwiek próby militarnego odbicia zajętych terenów spotkają się natychmiast z bezwzględną zemstą Folwarku Zwierząt, a sprawcy zostaną ukarani śmiercią”.
W każdym zdobytym folwarku, na środku największego placu wkopano maszty, na których zawisły zielone flagi z wymalowanymi białą farbą rogiem i kopytem.
Zaczęły się Nowe Czasy.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

012 – Część pierwsza – Rozdział czwarty -2

In 012 - Część pierwsza - Rozdział czwarty -2, Animal Farm II on 30 kwiecień 2009 at 20:00

Goryl twierdził, że nie można się ograniczyć do jednorazowej pomocy, trzeba bowiem pokazać, że każde zwierze w każdym zakątku świata może liczyć na swojego brata, drugie zwierze.
Po długich dyskusjach ustalono, że gile i jemiołuszki rozpoczną działania dywersyjne na tyłach wroga. Ich zadaniem będzie zorganizowanie działalności partyzanckiej w celu osłabienia morale ludzi i osłabienie ich sił. Dlatego mają czynić tak, by ludzie nie czuli się bezpiecznie nawet we własnych łóżkach. Sójki zobowiązane zostały do szerokiej informacji o tym, że zwierzęta niewolniczo wykorzystywane przez ludzi nie są same na świecie i, że pomoc nadejdzie niebawem. A wszystko po to, by w krajach okupowanych nikt nie stracił ducha i gdy nadejdzie godzina „ZERO” wszyscy byli gotowi do walki.
Szczury poruszyły szczurzy problem, jednakże oprócz wspólnego pokiwania głowami w zadumie nad tą sprawą nic więcej nie uczyniono.
Sokół, specjalny wysłannik Napoleona, sugerował, że warto by było zapoznać każde zwierze z Nowymi Zasadami Animalizmu i dlatego należałoby rozrzucić odpowiednie ulotki, co obśmiała zebra twierdząc, że przecież nie wszystkie zwierzęta potrafią czytać.
W końcu porozdzielano zadania i wszyscy wyruszyli przygotowywać odwet.
No i stało się: przez tereny rządzone przez ludzi przechodziły kolejne fale partyzanckich ataków a nawet zabronionych strajków. Zwierzęta stały się aroganckie, coraz częściej podnosiły głowę i choć ludzie karali każde przewinienie dotkliwym biciem. Zwierzęta cierpiały, lecz głów nie opuszczały.
Co jakiś czas nad Folwarkiem przelatywała eskadra kondorów zrzucając wysokowitaminowe owoce. Zwierzęta z Folwarku nie ukrywały, że zagraniczne witaminy, codzienne ćwiczenia fizyczne jak i dobra kondycja psychiczna czynią z nich znakomitą armię.
Mimo, iż granicę pomiędzy ludźmi a Folwarkiem Zwierząt stanowił dobrze strzeżony front chwilowo zawieszonej wojny, na Folwark, ze strony zajętej przez ludzi przedostawały się zwierzęta. Przynosiły informacje o poczynaniach ekipy Cesarza Jonesa. Dzięki temu Napoleon miał znakomitą orientację w planach Jonesa. Zdarzało się nawet, choć niezbyt często, że i wrona przyniosła ciekawą informację o ćwiczeniach po stronie Cesarskiej – jednak te informacje starano się zawsze potwierdzać z innego źródła.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

011 – Część pierwsza – Rozdział czwarty -1

In 011 - Część pierwsza - Rozdział czwarty -1, Animal Farm II on 29 kwiecień 2009 at 20:00

Rozdział czwarty
Nadeszła wiosna. Pierwsze ciepłe promienie słońca przypomniały obu stronom konfliktu, że najwyższa pora zająć się rolnictwem, bo z samej wojny żyć się przecież nie da.
Podpisano rozejm, w którym zobowiązano się nie naruszać status quo.
Jones ogłosił zajęte terytoria Gubernią i ustanowił surowe prawa, które wprost zmierzały do tego, by wprowadzić niewolniczą pracę zwierząt.
Największy szok przeżyły bociany, które naturą rzeczy zimowały w ciepłych krajach. Wróciły wiosną, jak zwykle. A tu niespodzianka – świat zwariował.
Przyglądały się temu, ze swoich wysoko ustawionych gniazd i skrzydłami łapały się za głowę. A gdy wreszcie nadszedł czas odlotu, ze zdumieniem dowiedziały się, że Atylla Jones zamknął granice i nie pozwala im lecieć do ciepłych krajów. Oczywiście, jak to bociany, pokiwały swoimi długimi dziobami, zaklekotały i tyle ich Atylla widział.
Lecąc w ciepłe strony każdemu napotkanemu zwierzęciu opowiadały o tym, co się dzieje w tym dziwnym kraju, gdzie ludzie bez powodu znęcają się nad zwierzętami. Rozmówcy dziwili się. Część niedowierzała. Mimo to już niebawem cała kula ziemska rozprawiała nad tym, co zrobić, by pomóc gnębionym zwierzętom.
Doszło do tego, że pod jednym drzewem siedział wilk i zając, bernikla i ocelot, tapir i jaguar, i rozważali jak pomóc gnębionym zwierzętom. Wreszcie uradzono, że trzeba działać natychmiast. Gromada kondorów zobowiązała się do przerzucenia (na obszary zajęte przez zwierzęta) paczek z owocami południowymi zawierających witaminy. Słonie radziły, że można by tam pójść i wszystko zdeptać, twierdziły, że uda im się namówić do tego bawoły, a wówczas pozostanie tylko kamień na kamieniu.
Jedynie nosorożec stwierdził, że to nie jego interes i pomaszerował w swoją stronę.
Tygrys w krótkiej przemowie uświadomił wszystkim zebranym, że jeżeli ludzie znęcają się nad swoimi zwierzętami to bohaterscy obrońcy Folwarku Zwierząt znajdą w nich znakomite zaplecze. Poruszył również problem udziału miejscowych zwierząt dotychczas uważanych za dzikie, na przykład takich jak jelenie, czy choćby dziki, które są daleko spokrewnione ze świnami i dlatego są skłonne zrobić więcej, niż ktokolwiek inny.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

010 – Część pierwsza – Rozdział trzeci -2

In 010 - Część pierwsza - Rozdział trzeci -2, Animal Farm II on 28 kwiecień 2009 at 20:00

Kruki obdarzone (przecież przez Najwyższego) głosem mocnym i doniosłym, bezpardonowo zagłuszały te subtelne trele skrzydlatych braci i zdecydowanie wiodły prym w środkowej części podwórza. Na obrzeżach Folwarku, gdzieś pod płotami, w szuwarach gęstej roślinności jaskółki, trznadle i nawet zwykłe wróble głosiły swoje Słowo, i nawet (choć z rzadka) znajdowały wyznawców.
Kruki ogłosiły, że Najwyższy nie będzie tolerował żadnego sekciarstwa. Że tylko oni głoszą Prawdziwe Słowo. Dowodem na to miał być wybór namiestnika Najwyższego na ziemi, który z Jego Najwyższego Upoważnienia, w Jego imieniu sprawować będzie wszelką władzę. Został nim, bardzo już sędziwy, Mojżesz.

Mojżesz

W pierwszych godzinach swojego panowania, wiekowy patriarcha ogłosił przesłanie do wszystkich zwierząt świata. Wyjaśniał w nim, że nie chodzi mu o władzę w sensie gospodarczym, czy politycznym. Jego władza miała być ponad te ziemskie problemy. Miała przygotować do życia wiecznego po epizodzie spędzonym tu na ziemi, a oczywista uciążliwość życia ziemskiego zostanie wynagrodzona wielokrotnie w życiu po śmierci. Ma ono być nieskończonym szczęściem, lecz pod warunkiem, że teraz, podczas tego życia, tu na ziemi, swoimi uczynkami, a szczególnie częstymi i gorliwymi kontaktami z Krukami zasłuży się na tą łaskę.
Nikt nigdy nie powiedział jak to szczęście będzie się realizowało, i kto będzie „Tam” mył podłogi czy choćby strzygł trawniki, by nie zarosły chwastami (przecież „Tam” będą trawniki, a skoro będą, to muszą być i chwasty).
Zaobserwowano również, że Mojżesz, niemłody ptak, praktycznie dawno już nie latał. Dni spędzał we wspaniale udekorowanym gnieździe, otoczony smakołykami i wyjątkowo urodziwymi wronami. W każdą niedzielą, a zdarzało się, że i w inne dni tygodnia Mojżesz wygłaszał pełne pouczeń przemówienia. Zawsze podkreślał, że jego słowa są natchnione przez najwyższego, który w swojej dobroci, przez jego (Mojżesza) usta przekazuje zebranym swoją łaskę – prawdę, która zapewni wiekuiste szczęście. Nie wszyscy potrafili zrozumieć słowa Mojżesza, jednak teatralna magia tych spotkań, śpieworecytacje, dzwonki i kadzidła, tworzyły tak niepowtarzalny nastrój, jakże odmienny od smutnej, codziennej rzeczywistości.
Tylko niewielu (najzupełniej niepotrzebnie) pytało: Jak wyglądają jego kontakty z Najwyższym, skoro stare skrzydła nie unoszą go już do nieba, nie mówiąc o tej zaklętej sferze jeszcze wyżej? Skąd, bierze się jego najwyższa wiedza, do której każe się bezwzględnie stosować?
Lecz w doczesnym życiu było problemów zbyt wiele by dywagować nad prawdami objawionymi. Głoszona przez Mojżesza pociecha, to obiecane szczęście, które ma nadejść, pomagała zwierzętom łatwiej znosić codzienne trudy. To i słuchali tego co tam wykrakiwano. Jedni z żarliwością nie dopuszczającą własnego myślenia, a drudzy z przymrużeniem oka, tak jak baśni pozwalającej wrócić do wczesnego beztroskiego dzieciństwa.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

009 – Część pierwsza – Rozdział trzeci -1

In 009 - Część pierwsza - Rozdział trzeci -1 on 27 kwiecień 2009 at 20:00

2009-04-27-18-59-11_0217

Rozdział trzeci
Gdy ludzie odpoczywali, wśród leczących rany zwierząt pojawiła się niebywała gromada kruków i wron. Zleciały się również inne ptaki, nawet takie, które zazwyczaj omijały tereny Folwarku. Wszystkie zgodnie mówiły, że przybyli tu specjalnie po to, by oddać posługę walczącym, bo to ich obowiązek.
Duża część zwierząt nie darzyła czarnych ptaków zaufaniem. Od dawna widzieli, że niedostatki zwykle ich omijają. Wcześniej, przed wojną, obserwowali, że gdy na przednówku zwierzęta głodowały, to błyszczące pióra i zaokrąglone boczki czarnych ptaków świadczyły o tym, że mają się wyjątkowo dobrze. Wątpiono także w ich uczciwość. Mówiono, że przed rewolucją pan Jones, a właściwie jego żona, pani Jones, wykładała dla nich w specjalnym karmniku same najsmaczniejsze kąski, a one w tajemnicy przed innymi zwierzętami, zazwyczaj nie dzieląc się z nikim, objadały się do syta. Niewiele też pracowały. I zawsze powtarzały, że mają do spełnienia bardzo specjalną misję. Wszyscy wiedzieli, że podczas rewolucji, sędziwy kruk Mojżesz – ojciec, dziad i pradziad niemałej gromadki ptaków – nie wyróżniał się też aktywnością rewolucyjną. Domniemywano, (chociaż tego nigdy nie ujawnił), że nawet mógł być przeciwny tym twórczym przemianom.
Tajemnicą Poliszynela było, że Napoleon czekał na dogodną okazję by raz na zawsze pozbyć się kruków – jakże można było żyć pod jednym niebem z takimi, co twierdzą, że tylko oni potrafią oderwać się od ziemi i szybować wysoko, hen pod niebem. A (jak mówiono) niektórzy to ponoć lecieli nawet jeszcze wyżej. Tam (jak mówiono) spotykali się z Najwyższym – tym, który jest stwórcą Prawdziwego Porządku Na Ziemi, tym, za którego wiedzą i zgodą dzieje się wszystko to, co się dzieje.
Niewybaczalny to cynizm, głosić takie zaprzaństwo prosto w oczy świni, która jak wszyscy wiemy ze swojej natury jest przecież nielotna.
Nachalne twierdzenia kruków, że są jedynymi przedstawicielami Najwyższego na ziemi i z tego upoważnienia przemawiają w Jego imieniu, i właśnie, dlatego należy im się stosowny szacunek, równy a nawet większy niż świniom, doprowadzało Napoleona do wściekłości.
Dziwnym zbiegiem okoliczności, zawsze, gdy gotował się by poprzetrącać im skrzydła, ptaki te gdzieś się chowały lub bezczelnie siadały na gałęziach najwyższego drzewa. Stamtąd krakanie ich słychać było o wiele lepiej niż by sobie tego Napoleon życzył. Nie mogąc pozbyć się tej zarazy, postanowił zmienić front i wydał rozporządzenie, by czarnym braciom podsypywać codziennie trochę ziarna – „Obłaskawimy, a gdy trochę przytyją wytępimy co do sztuki, chyba że zaczną krakać co im się każe” – mawiał sam do siebie.
Inne podniebne stworzenia, również głosiły, że mają dar wzlatywania wysoko… Też zapewniały, że mają kontakt z Najwyższym, i również twierdziły, że to one zostały wybrane by głosić Najwyższe Słowo.

2009-04-27-16-14-02_0101

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

008 – Część pierwsza – Rozdział drugi -2

In 008 - Część pierwsza - Rozdział drugi -2, Animal Farm II on 26 kwiecień 2009 at 20:00

44_murbodnerkalbinnen

Do zadania przystąpił fachowo. Najpierw zjednoczył wszystkich właścicieli okolicznych folwarków, później sprytną polityką dołączył folwarki odległe i niebawem aż po horyzont, w warsztatach i kuźniach słychać było dźwięczne postukiwanie, piłowanie i syk pary wydobywającej się przy hartowaniu żelaza. Wreszcie, bez głosu sprzeciwu, Atylla Jones ogłosił się cesarzem Zjednoczonego Cesarstwa Ludzi.
W największej tajemnicy przed zwierzętami w wielkiej stodole pana Mac Graya, Atylla Jones przekazywał sąsiadom wiedzę wojenną. Ćwiczono musztrę, ataki na bagnety i walkę wręcz z użyciem rozmaitych narzędzi gospodarczych: kos, wideł, cepów a nawet zwykłych tyczek, zazwyczaj podpierających fasolę.
Wielką wagę przywiązywał Cesarz Jones do wykładów, w których „naświetlano” niezdecydowanym sąsiadom skutki istnienia i działania Folwarku Zwierząt. Mistrzem słowa okazał się pan Mc Tabes, wierny i sprawdzony towarzysz młodego Cesarza Jonesa w dziecięcych kradzieżach jabłek z sąsiedzkich sadów.
Szczególne miejsce w wykładach Mc Tabesa zajmowały szczury; były traktowane ze wyjątkową nienawiścią. To im przypisano całą winę: za to, że zwierzęta zbuntowały się, za to, że ginęły zapasy, że to, że te „parchy” roznoszą zarazę, za to, że plony coraz słabsze.
Po kilku tygodniach wyczerpujących ćwiczeń tak fizycznych, jak i umysłowych, Cesarz Atylla stwierdził, że nadszedł już czas „Świętej Zemsty” i ustalił termin ataku.
Ruszyli nad ranem, jeszcze przed brzaskiem. Prosto z karczmy, gdzie przy rozgrzewającym umysł alkoholu Jones rysował ostatnie plany kampanii. Z przodu Atylla Jones dzierżąc w dłoniach wysłużoną dubeltówkę swojego ojca, z prawej flanki Mac Gray z całą rodziną Firestonów za nimi wsparcie rodzin Balknutów i Zamtuzów. Z lewej flanki pan Pilkington z klanem Bleairów. W drugiej linii ochotnicy z bardziej odległych folwarków, mających stanowić zabezpieczenie logistyczne. Wszyscy uzbrojeni po zęby, wszyscy taszczący łańcuchy do skucia i zapędzenia do roboty „tych czworonożnych bandytów”.
Niebo rozświetliły pierwsze promienie jutrzni, gdy dotarli pod bramę Folwarku Zwierząt. Jones, wskazując wyciągniętą ręką kierunek, wrzasnął strasznym głosem – Bij! Zabij! Morduj czworonoga!
I przystąpili do ataku.
Brama szybko padła. Pierwszy napotkany kogut, który ze zwykłej ciekawości podbiegł w pobliże napastników i już miał (na powitanie) odśpiewać swoje „kukuryku”, padł z gardłem poderżniętym kosą pana Balknuta.
Widok krwi i konwulsje koguta dodały napastnikom takiego animuszu, że wydawało się, iż nadszedł koniec świata!
Wyrwane ze snu zwierzęta, wychylały (na swoją zgubę) zaciekawione głowy zza wrót stodoły. Nie było pardonu. Śmiertelnie ranne, czy to kosą, czy widłami oddawały bezgłośnie ducha, nie wiedząc nawet co się dzieje i za co.
Jakiś bohaterski prosiak próbował ugryźć łydkę Atylli, lecz padł przebity tyczką od grochu.
- Na rożen! Na rożen z tym bydlakiem… – ryknął Jones – Rozpalić ogień! Uwędzić te mięsoroby!
Napoleon, wyjrzał z okna domu pana Jonesa i swoimi małymi, czerwonymi z przepicia oczkami, z niepokojem oceniał sytuację. Stwierdził, że jest źle. Chciał uciekać, ale zdał sobie sprawę, że przecież nie ma dokąd. Jedyną szansą przeżycia było podjęcie walki. Ale jak? Widać było wyraźnie, że agresor ma zdecydowaną przewagę w uzbrojeniu, jest lepiej wyszkolony i zaskoczył nie przygotowanych mieszkańców Folwarku.
Już się wydawało, że nic nie powstrzyma ludzkiej agresji, gdy w głowie Napoleona powstał plan, który jak się później okazało odmienił losy bitwy: „trzeba zrobić barykadę” pomyślał, i tak szybko, jak mu na to pozwalała jego przeciążona tłuszczem figura, zsunął się po schodach.
Wyszedł przed dom.
Tu, jak zwykle, czekały na niego wierne psy, zaufani strażnicy rewolucji. – Do ataku! – krzyknął Napoleon. – Bij dwunożnych bandytów! Bij! Zabij! Morduj!!!
Koncepcja Napoleona była być może okrutna lecz genialna w swej prostocie. Jeżeli nie ma, z czego zrobić barykady, trzeba ją zrobić z trupów zwierząt. Dlatego rozkazał strzegącym go brytanom, by wypędzały zwierzęta ze stodół i obory prosto na atakujących ludzi. Brytany, ujadając i co bardziej opornym nadgryzając uda, wypędziły senne zwierzęta wprost na rzeź. Atylla Jones zbyt późno zorientował się, że wpadł we własną pułapkę; sterta pokiereszowanych zwłok zwierząt zablokowała dalszy marsz po absolutne zwycięstwo. Strumienie lejącej się krwi powodowały, że ludzie ślizgali się i padali.
Nie było wiadomo, czy to oni krwawią, czy to krew zwierząt plamiła im ciała.
W tym samym czasie Napoleon rozkazał ocalałym zwierzętom okopanie się. Z polnych kamieni usypano szańce, zebrano z całej okolicy połamane gałęzie i kolczaste krzewy. Za zasiekami wykopano rowy i wpuszczono wodę z pobliskiej rzeki. Przyniesiono narzędzia gospodarskie, które były przecież groźną bronią. Wkrótce ta część Folwarku wydawała się twierdzą nie do zdobycia.
I rzeczywiście, każda próba przejścia ludzi przez, już po kilku dniach cuchnącą barykadę z rozkładających się zwłok zwierząt, kończyła się niepowodzeniem. Mimo to walki trwały długo i odznaczały się niespotykaną w historii wojen zaciekłością.
W zasadzie po pierwszych zdobyczach części terytorium Folwarku Zwierząt (pomiędzy bramą główną a drogą do wiatraka) była to wojna pozycyjna. Od czasu do czasu któraś ze stron organizowała ekspedycję, lecz szybko wracano na ustalone pozycje.
Trwało to do czasu, gdy walczących zaatakowała wcześniejsza i bardziej niż zwykle mroźna zima. Nadeszły ostre mrozy. Zwierzęta okrągły rok pracujące na powietrzu były przyzwyczajone i do słoty i do chłodu. Nadto ich obory i stodoły (dzięki, jak później mawiano Mądrości Rewolucji) nie były ogrzewane i dlatego zwierzęta znosiły mrozy lepiej od ludzi. Ci natomiast marzli niemiłosiernie. Przesiadując na co dzień w swoich ogrzewanych ciepłych domach, używając na co dzień gorącej wody zatracili odporność na niskie temperatury i już przy pierwszych przymrozkach część z nich rejterowała pod cieplutki dach. Nie było wyjścia. Atylla, gdy tylko mróz zamienił ziemię w kamień zarządził odpoczynek. Rozstawiono straże i walczący udali się rozgrzewać ciepłem swoich małżonek.

farm-animals

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

007 – Część pierwsza – Rozdział drugi -1

In 007 - Część pierwsza - Rozdział drugi -1 on 25 kwiecień 2009 at 20:00
leslie-peck2

Leslie Peck

Rozdział drugi

Sytuacja, w której znajdowały się zwierzęta, nie uszła uwadze ludzi.
Spotykając się, od czasu do czasu przy piwie, przebąkiwali, że należałoby dobrać się do skóry tym bezczelnym czworonogom. Jednakże na „machaniu szabelką” i kilku dodatkowych kuflach zwykle kończyli. Lecz gdy usłyszeli, że na Folwarku Zwierząt pojawiają się oznaki niezadowolenia, zebrali się w karczmie, i od kufla do kufla, od słowa do słowa, uradzili, że nadszedł już czas poważnej interwencji.
Prym wiódł syn pana Jonesa, Atylla Jones. Atylla, już jako młody chłopiec marzył o karierze zawodowego żołnierza, lecz jego stan zdrowia i niewysoka postura spowodowały, że odpadał na komisjach egzaminujących kandydatów do oficerskiego stanu.
Pozostał, więc w randze kaprala, lecz jego ambicje były oczywiście o wiele większe. – Zwierzęta są stworzone po to, by pracowały dla człowieka, i czym niżej noszą swoje łby, tym lepiej widzą swoje miejsce – dowodził Jones i znajdował popleczników swoich teorii.
Szczególnie źle mówił Jones o szczurach. Zwierzęta te zawsze starały się żyć w taki sposób, by nie wpadać niepotrzebnie w oczy. Mimo to często o nich mówiono. Niektórzy twierdzili, że miały szczególną zdolność radzenia sobie w najtrudniejszych sytuacjach, że żaden inny gatunek zwierząt nie posiadał tak znakomitych umiejętności adaptacyjnych, które jak przypuszczano, wynikały z niepisanej, choć liczącej kilka tysięcy lat tradycji pieczołowicie przekazywanej z pokolenia na pokolenie.
W gruncie rzeczy nie było pewne, czy szczury to zwierzęta domowe, czy może dzikie. Podczas tysięcy lat, nie mając ojczyzny, wędrowały po całym świecie i to wygnanie nauczyło ich umiejętności przetrwania w każdej sytuacji. Niesłychana płodność i wprost religijny nakaz pomagania sobie wzajemnie powodowały, że z największych klęsk, szczury jako gatunek, wychodziły cało i w krótkim czasie odbudowywały swą populację.
Zawsze zajmowały miejsca tam, gdzie pożywienia było najwięcej. A dzięki swoim talentom i wzajemnym powiązaniom zdobywały je łatwo i przyjemnie.
Tą szczególną inteligencją, wielką pracowitością i trzymaniem się w stadzie, powodowały zazdrosną nienawiść ludzi a nawet niektórych zwierząt. Złej opinii dodawała również plotka, że szczury wymyśliły taką religię, która pozwoli im panować nad innymi gatunkami zwierząt, i nad (o zgrozo!) ludźmi.
Rzeczywiście, szczury lubiły mieć wpływy w sferach rządzących, niezależnie od tego czy rządzili ludzie, czy świnie. Po prostu lubiły mieć wpływy wszędzie.
W osadach ludzkich zmieniło się nie do poznania. Młody Jones, ogłosił się Najwyższym Marszałkiem i na terytorium zajętym przez ludzi wydał bezpardonową walkę wszystkim zwierzętom, a szczególnie tym, które podniosą głowę wyżej niż najwyższy punkt ich ciała.
Szczurom ludzie wydali wojnę bezpardonową. Postanowiono raz na zawsze wytępić ten gatunek. Obarczono je taką masą win i złych przywar, że nikt się nie dziwił zajadłości, jaką wykazywano w ich tępieniu. Powstały brygady tropicieli, a każda szczurza śmierć była fetowana w najbliższej karczmie.
Te, które złapano żywcem zamykano z specjalnych folwarkach, gdzie wykorzystywane były do niewolniczej pracy na rzecz człowieka, a po ich zaplanowanej śmierci palone były na wielkich stosach.
Źle traktowano także i te zwierzęta, które od zawsze były związane z człowiekiem: te śliczne kotki, te pulchne szczeniaczki, te białe myszki i chomiki – wszystkie były bezpardonowo przymuszane do noszenia głowy nisko i do ciężkiej pracy. Eksterminacja objęła również wszelkie zabawki wzorowane na zwierzętach: mięciutkie misie i inne pluszowe przytulanki.
Wszystkie te, które miały głowy wyżej niż najwyższy punkt tułowia, wyrzucano na wielkie stosy i palono. Spalono też wszystkie książki, w których ukazane były zwierzęta jako towarzysze i pocieszyciele człowieka.
Znęcano się nad każdym czworonogiem. Nad każdym stworzeniem, które nosiło sierść, czy pióra. Dziś trudno dociec jak to się stało, że w spokoju pozostawiono akwariowe rybki. Być może dlatego, że Atylla Jones miał w domu akwarium.
Ale jak było naprawdę, niewiadomo. Gdy na kolejnym spotkaniu w karczmie, młody Jones ujawnił swój zamysł skończenia z tym „idiotycznym eksperymentem”, jak nazywał Folwark Zwierzęcy, uzyskał przyklask współbiesiadników. Już kilka dni po owym spotkaniu, Jones, przy czynnym wsparciu najbliższych sąsiadów postanowił zorganizować oddziały interwencyjne, by wreszcie rozprawić się z tą „czteronożną hołotą”.
- Człowiek! Tylko człowiek! – krzyczał Jones – Tylko człowiek ma przyrodzone, naturalne prawo, by rządzić na świecie. Nikt, kto chodzi na czterech nogach, nie będzie partnerem dwunożnego człowieka! Dwie nogi dobre! Cztery nogi złe! – wykrzykiwał Jones. Dwie nogi dobre! Cztery nogi złe! – wrzeszczeli zebrani, odurzeni pomysłem i złocistym piwem.
Każde przemówienie Jonesa kończyło się owacjami. Sąsiedzi (jak tlen z powietrza) chłonęli jego słowa. Niektórzy chcieli od razu, prosto od karczemnego stołu iść i rozliczyć się z tymi siewcami zarazy, mieszkańcami Folwarku Zwierząt. Jones rozsądnie hamował te zapędy obiecując, że już niebawem nadejdzie czas, gdy ludzie zajmą właściwe sobie miejsce i nie będą musieli brudzić się kontaktami z nieczystymi stworami.

2009-04-27-18-54-53_0202

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

006 – Część pierwsza – Rozdział pierwszy

In 006 - Część pierwsza - Rozdział pierwszy, Animal Farm II on 24 kwiecień 2009 at 20:00

2009-04-27-12-31-58_0037

Część pierwsza

Rozdział pierwszy
A wydawało się, że porozumienie było tak blisko… Już prawie przełamano wzajemne niechęci, już wygłaszano wzajemne toasty…
Och! Gdyby nie te nieszczęsne asy pik losy świata potoczyłyby się inaczej. Zapewne!
Pan Pilkington z sąsiadami, wrócili do swych domów twierdząc, że z bydlakami nikt się jeszcze nie dogadał, to i oni ostatni raz tego próbowali. Koniec! Nigdy więcej!
Świnie stwierdziły, że ludzie to „świnie”, a stare przysłowie mówiące, że żadne zwierze nie znajdzie przyjaciela w człowieku, akurat tu się znakomicie potwierdziło. Nawet ktoś krzyknął: „cztery nogi dobre, a dwie nogi złe”, lecz wtedy Napoleon nakazał wszystkim skończyć z tym tematem i natychmiast rozejść się do swoich zagród.
Sucha wiosna, upalne lato i dżdżysta jesień sprawiły, że mimo wysiłków na Folwarku nie działo się dobrze. Zebrane plony nie zapełniły nawet połowy spichlerza. Zapowiadało się, że wraz z przednówkiem głód zajrzy na Folwark Zwierzęcy.
Napoleon, co chwila zwoływał ważne zebrania, w których uczestniczyły tylko świnie. Narady te zwykle trwały do świtu. Jedynym „przeciekiem” tego, co się tam działo były opowiadania kogutów, które oprócz działań prokreacyjnych, miały obowiązek budzić mieszkańców Folwarku do pracy. Koguty opowiadały, że często nad ranem, widują wychodzących z takiej narady i „wydaje im się” (koguty szczególnie podkreślały, że tylko im się tak wydaje i są tego zupełnie pewne), otóż koguty twierdziły, że zazwyczaj większość świń nie może iść prosto, a niektóre to nawet bardzo głośno śpiewają.
Gdy doniesiono o tym Napoleonowi, natychmiast zwołał wszystkich mieszkańców Folwarku na plac za stodołą i publicznie zganił koguty za sianie zamętu.
Napoleon wspaniałomyślnie odstąpił od wniesienia do Naczelnej Rady oskarżenia przeciw kogutom i zamiast tego wytłumaczył im owo (to, co się kogutom wydawało) niecodzienne zachowanie świń. Otóż wtedy – mówił Napoleon – gdy ktoś pracuje cały dzień i do tego jeszcze w nocy, (bo cóż to jest narada jak nie bardzo trudna praca) i cały ten czas siedzi, to oczywiste jest, że później się zatacza. – I nie ma się, czemu dziwić – Napoleon podniósł głos – że towarzysze wychodzący z zebrania wspomagają się wzajemnie a nawet podpierają. Niejeden by ścierpł od tak trudnej pracy! A zarzut, że świnie, wychodząc z całonocnego zebrania, śpiewają, jest po prostu śmieszny! Czy można lepiej odświeżyć organizm niż przez rytmiczne oddechy? A cóż to jest śpiew, jak nie stałe natlenianie organizmu! Kto, jak kto, ale towarzysze koguty powinny to rozumieć. Przecież to one, jakże często, stosują swoje „kukuryku” w to w oczywistym celu przewietrzenia płuc.
Gardłacz, postawny kogut z krwistoczerwonym grzebieniem wystąpił krok do przodu, jakby chciał coś powiedzieć. W tym samym momencie Tafuń, prześliczna kurka japońska, z którą od jakiegoś czasu utrzymywał szczególnie intensywne stosunki, dziobnęła go w skrzydło, aż skrzywił się z bólu – szepnęła do ucha: – „Co ty? Chcesz żeby cię wykastrowali?”
Gardłacz zbladł. Przez jego koguci mózg, jak błyskawica, przeleciała myśl, że on, tak wspaniały ojciec nie małego grona potomstwa mógłby zostać pozbawiony tego, do czego przeznaczył go stwórca. Cofnął się najszybciej jak mógł, udając, że jego wyjście przed tłum to po prostu chwilowe zachwianie równowagi.
A tak w ogóle to atmosfera na Folwarku nie była najlepsza. Coś wisiało w powietrzu. Nikt nie wiedział co. Ale czuło się, że tak dalej być nie może. Na coś czekano jednak nikt nie śmiał na ten temat rozmawiać.

e96ae139befbe6d3_prop2preview

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

005 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.4

In 005 - Rozdział wstępny - Przypomnienie cz.4, Animal Farm II on 23 kwiecień 2009 at 20:00

005 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.4

Leslie Peck

Leslie Peck

I wydawało się, że tak już będzie zawsze, gdy któregoś ranka stwierdzono, że zniknęła klacz Mollie. Wszyscy się zgodzili, że mogło to byś spowodowane tylko chorobą psychiczną. Dobitnie świadczył o tym znaleziony przy posłaniu Mollie stosik kostek od cukru i pęk różnobarwnych wstążek. Ktoś przypomniał sobie, że widział niedawno Mollie, jak przy płocie parobek z sąsiedniego Folwarku, głaskał ją po nosie.
Wkrótce gołębie doniosły, że widziano Mollie jak była zaprzężona do dwukółki karczmarza, który głaskał ją po chrapach i podsuwał kostki cukru, a Mollie miała zawiązany na szyi pęk kolorowych tasiemek.
Cóż to mogło być innego, jak nie choroba psychiczna? Czy można było sprzedać upragnioną i własnymi kopytami wywalczoną wolność za kilka kostek cukru i jakieś tam fatałaszki?
Szybko zapomniano o Mollie, bo przecież o takich wariatach pamiętać nie warto.
Było jak w Raju….
Może mogło być nawet lepiej, gdyby nie stała rywalizacja Snowballa z Napoleonem.
Któregoś razu, ni z tego ni z owego, zupełnie bez powodu, Snowball zaczął uciekać przed psami, które Napoleon kiedyś odebrał matkom i sam je wychowywał. Jest prawdą, że psy nigdy nie odstępowały Napoleona, nawet na krok. Skoro jednak Snowball uciekał przed psami, to oczywiste było, że musiał mieć nieczyste sumienie.
I potwierdziła to historia.
Tak, czy inaczej, mimo nieszczęść związanych z pogodą, powodziami i innymi zdarzeniami losowymi, a także udowodnionymi ponad wszelką wątpliwość działaniami dywersyjnymi, jawnego wroga zwierząt – Snowballa, na Folwarku żyło się spokojnie i pracowicie. A czegóż więcej potrzeba?
Wybudowano nawet wiatrak, który co prawda zawalił się, ale przecież nie dlatego, że miał za cienkie ściany, lecz dlatego, że zniszczył go Snowball – tajny agent pana Jonesa. Wszyscy doskonale widzieli, że Snowball od dawna knuł by pokrzyżować plany tak świetnie prosperującej gospodarce. Dlatego nikt nie zaprotestował, gdy Napoleon, by sprawę raz na zawsze ukrócić, ogłosił publicznie, że wydał na Snowballa, dotąd zakazany zasadami Animalizmu, wyrok śmierci.
Lecz nawet to nie zahamowało, jak twierdził Napoleon, dywersyjnej bezczelności niegodziwego Snowballa; jeszcze niejednokrotnie był on przyczyną wielu zgryzot mieszkańców Folwarku. A to ukradł zboże, a to potłukł jaja, a to stratował świeże zasiewy i wiele, wiele innych. Ujawniono też, że nawet wśród zwierząt są takie, które tajnie współpracują ze Snowballem.
Z tym „problemem” poradzono sobie szybko i skutecznie.
Wszystkich wrogów, po ich uprzednim przyznaniu się do winy, uśmiercono. Uśmiercono świnie, które kiedyś przeciw czemuś tam protestowały, i jak się same przyznały współdziałały z Snowballem w zburzeniu wiatraka. Uśmiercono trzy kury, które przyznały się, że Snowball ukazał im się we śnie i namawiał je, by się sprzeciwiły Napoleonowi. Uśmiercono również owcę, która przyznała się, że za namową Snowballa oddawała mocz do sadzawki z wodą do picia.
Zwierzęta doznały wstrząsu po tej egzekucji, lecz doprawdy nie wiedziały czym są bardziej przerażone, czy okrutną karą, czy też tym, że dookoła tylu zdrajców…
Wiatrak odbudowano.
Nie służył on teraz, jak to było kiedyś planowane, do wytwarzania prądu. Mielono w nim ziarno, co dawało niemałe dochody.
Obiecane kiedyś, podczas Rewolucji, luksusy: stajnie oświetlone elektrycznością, stały dostęp do ciepłej i zimnej wody, a także trzydniowy tydzień pracy, zostały potępione jako sprzeczne z duchem Animalizmu. A Napoleon skutecznie dowodził, że prawdziwe szczęście, polega na ciężkiej pracy na rzecz wspólnoty i skromnym życiu.
Widać było efekty wspólnej pracy.
Folwark się wyraźnie wzbogacił. Szczególnie świnie….
Reszta zwierząt nadal spędzała swój czas bardzo pracowicie nie mając z tego znaczących profitów. Jednakże trzeba z całą mocą podkreślić, że oprócz świń – wyraźnie lepiej żyły psy, a to w sposób jednoznaczny dobrze rokowało na przyszłość. Nie można przecież od razu uszczęśliwić wszystkich.
Squealer wyjaśnił, że świnie dlatego mają lepiej, bo pracują najciężej. Zajmują się przecież nadzorem i organizacją pracy na Folwarku. Świnie – dowodził Squealer – dzień w dzień pracują przy sporządzaniu bardzo ważnych dokumentów takich jak „rejestry”, „sprawozdania”, „protokoły” i etc., a czynności te mają przecież zasadnicze znaczenie dla dobrobytu folwarku.
Inne zwierzęta, mimo że to właśnie one wytwarzały żywność własną pracą nie mogły znaleźć różnic w ich życiu teraz i przed Rewolucją. Nie traciły jednak nadziei. Nie opuszczało ich poczucie dumy, że były mieszkańcami wspaniałego i przodującego, Folwarku Zwierząt. Czuły w głębi swoich zwierzęcych serc, że prędzej czy później będzie lepiej, bo przecież musi być lepiej. Może nie za ich życia, ale ich dzieci na pewno będą miały lepiej. I to było najważniejsze. I dla takiego celu warto się było poświęcać.
Mijały lata.
Dziś już nie można znaleźć przyczyny, ale któregoś dnia, ni z tego ni z owego stało się jasne, że nieokreślony sposób zmieniają się porządki panujące na Folwarku.
Zauważono, że świnie zmieniały się na twarzach i zdumiewająco szybko stawały się podobne do człowieka. Z czasem przestały dziwić baty trzymane w świńskich racicach, a nawet fajka w zębach Napoleona. Nikt się nie dziwił, że Napoleon paraduje, na co dzień w czarnym paltocie, myśliwskich bryczesach i skórzanych sztylpach, a jego ulubiona maciora ukazuje się w środku tygodnia we wzorzystej jedwabnej sukni, którą pani Jones wkładała tylko w niedzielę. Nikt nie usiłował tego tłumaczyć. Skoro tak było, to mogło oznaczać tylko tyle, że tak być musiało.
W tym miejscu, by zachować jak największą naukowość niniejszego podręcznika, autor zdecydował się przytoczyć cytat ze słynnego podręcznika pana Orwella. Oryginalne słowa Mistrza, pozwolą czytelnikowi w pełni zrozumieć, dlaczego świnia Napoleon i człowiek, pan Pilkington, zagrali jednocześnie asem pik. Pozwoli to też autorowi przejść do wykładu o tym, co zdarzyło się później.
Cytujmy, zatem pana Orwella – zajrzyjmy na chwile do oryginału:
„…po południu na podwórze zajechało kilka bryczek. Na objazd folwarku zaproszono delegację właścicieli sąsiednich gospodarstw. Oprowadzono ich po całym terenie: delegaci wyrazili swój wielki podziw dla wszystkiego, co zobaczyli, szczególnie zaś uznanie znalazł w ich oczach wiatrak. Zwierzęta pełły w tym czasie zagony rzepy. Pracowały pilnie, nie podnosząc wzroku, nie wiedząc, kogo bać się bardziej – świń czy ludzi.
Tego wieczora z domu świń dochodziły wybuchy głośnego śmiechu i odgłosy śpiewów. Nagle, na dźwięk pomieszanych głosów, zwierzęta tknęła ciekawość. Co mogło się dziać tam, wewnątrz, gdzie po raz pierwszy zwierzęta i ludzie rozmawiali jak równy z równym? Wszystkie zwierzęta zaczęły skradać się jak najciszej do ogródka przed domem.
Przy furtce zatrzymały się nieco wystraszone, ale Clover dała znak, by podążyły za nią. Podeszły, więc cichuteńko aż pod sam dom, a potem te, które były dość wysokie, zajrzały przez okno do pokoju stołowego. Przy długim stole siedziało sześciu gospodarzy i sześć co znamienitszych świń, a Napoleon zajmował honorowe miejsce. Świnie najwyraźniej czuły się całkiem swobodnie na swoich krzesłach. Towarzystwo grało w karty, ale akurat nastąpiła przerwa, widocznie po to, by mógł zostać spełniony toast. Wśród zebranych krążył wielki dzban, do kufli dolewano piwa. Nikt nie zauważył zdziwionych pysków zwierząt gapiących się z ogrodu.
Pan Pilkington z Foxwood powstał, trzymając kufel w dłoni.
Za chwilę, zapowiedział, poprosi zgromadzonych, by spełnili toast. Nim to jednak uczyni, czuje się w obowiązku wygłosić kilka słów. Otóż zarówno on sam, jak i (czego jest pewien) pozostali obecni, czerpie, powiedział, ogromną satysfakcję z tego, iż długi okres nieufności oraz nieporozumień dobiegł końca. Był, bowiem czas – oczywiście należy zastrzec, iż ani on, ani ktokolwiek z gości nie żywi dziś podobnych przekonań – był, więc czas, gdy szanowni właściciele Folwarku Zwierząt spotykali się z pewną – słowo: „wrogością” nie jest chyba na miejscu – ale być może niejaką rezerwą ze strony sąsiadów – ludzi. (…)
Mniemano, że istnienie folwarku, którego właścicielami są świnie, jest czymś poniekąd nienormalnym, a ponadto mogłoby wywrzeć niekorzystny wpływ na sąsiedztwo. Zbyt wielu sąsiadów przyjęło za pewnik, nie wnikając niestety głębiej w istotę sprawy, iż na takim folwarku będzie się szerzyć rozpasanie i brak dyscypliny.” Lecz: „Oto ujrzeli nie tylko najnowocześniejsze metody rolnicze, ale taką dyscyplinę i porządek, jakie powinny stanowić wzór dla wszystkich bez wyjątku gospodarzy. Nie pomyli się chyba, jeżeli stwierdzi, iż pośledniejsze zwierzęta na Folwarku pracują więcej i otrzymują za to mniej żywności niż jakiekolwiek inne zwierze w ich hrabstwie. On sam zaś i towarzyszący mu goście podpatrzyli dziś sporo innowacji, które zamierzają wprowadzić w swoich gospodarstwach. (…)
…zwierzętom, które przyglądały się temu z ogrodu, wydało się, że zachodzi jakaś dziwna przemiana. Cóż takiego zmieniło się w wyglądzie świń? Clover przyglądała się starczymi, przyćmionymi oczami to jednemu ryjowi to drugiemu. Niektóre miały po pięć podbródków, inne po cztery, jeszcze inne po trzy. Cóż takiego się w nich przeobrażało i rozpływało?
Umilkły już wesołe okrzyki, zebrani znów zasiedli do kart i podjęli przerwaną grę, a zwierzęta wycofały się cichcem. Nie uszły jednak i dwudziestu metrów, gdy naraz zatrzymały się w pół kroku. Z budynku doleciał gwar podniesionych głosów. Pośpieszyły, więc z powrotem i znów zajrzały przez okno. Tak, wewnątrz wybuchła zajadła kłótnia. Wrzeszczano na siebie, walono pięściami w stół, rzucano podejrzliwe spojrzenia, gwałtownie się zapierano. Źródłem nieporozumienia było to, iż Napoleon i pan Pilkington równocześnie zagrali asem pik.

2009-04-27-16-06-14_0005

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

004 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.3

In 004 - Rozdział wstępny - Przypomnienie cz.3, Animal Farm II on 22 kwiecień 2009 at 20:00

2009-04-27-18-53-43_0189

004 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.3

Prawdopodobnie nawet tego nie zauważył, że wtedy to przebrał miarę! Zwierzęta, te same, które zazwyczaj pokornie uciekały przed smagającym je rzemieniem, te jego prosiaki, krówki, baranki, ta jego krwawica, ten jego owoc, z którego był dumny na corocznych wystawach hodowców, otóż ta jego „duma” wiedziona jednomyślnym powstańczym duchem, najzwyczajniej w świecie, bezczelnie, i bez dania racji – wykopała go. Ta banda łobuzów wyrzuciła go z jego własnego Folwarku!
I jakby nie dość tej tragedii, to tą schedę rodziny Jonesów, owo magiczne miejsce, w którym zakochana była prapraprababka pana Jonesa, Rosemary Prudence Jones, ten wspaniały folwark, z którego był dumny i ojciec i dziad pana Jonesa – ta banda brudnych zwierząt, ogłosiła samowolnie, nikogo o to nie pytając, samodzielnym, samorządnym i niezależnym Folwarkiem Zwierząt.
Musiało minąć trochę czasu, nim zwierzęta uwierzyły w to, co się stało. W to, że wreszcie są wolne, że wreszcie mogą robić, co zechcą i nikt z zewnątrz, niczego narzucać im nie będzie.
W imię sprawiedliwości, wrzucono do studni wszystkie wędzidła, kółka do nozdrzy i psie łańcuchy. Spalono lejce, baty, i wszystko to, co mogło się kojarzyć z upokarzającą przemocą człowieka; nawet wstążki wplatane koniom w grzywy w dni targowe, z których były takie dumne, nawet słomkowy kapelusz konia Boxera, który zakładano mu latem dla ochrony przed upałem i muchami. Wrzucono to wszystko w płonący stos, aby już nic nie przypominało ucisku pana Jonesa.
Gdy minęła pierwsza radość, Napoleon zaprowadził wszystkich do spichlerza. Tu każdy otrzymał podwójną porcję ziarna. Psy, dodatkowo, przepyszne biszkopty. Co za wspaniały smak wolności. Swawole trwałyby w nieskończoność, gdyby nie świnie. Bardzo rozsądnie przypomniały, że czas rozpocząć sianokosy. Przy okazji, jakby mimochodem stwierdziły, że nauczyły się pisać i czytać (z jakiegoś wyrzuconego z domu pana Jonesa podręcznika) oraz, że wnikliwie przestudiowały Animalizm nieżyjącego już Majora a także i to, że udało im się ująć cały Animalizm w siedem przykazań głównych, które to wypisały kredą na wysmołowanej ścianie stodoły. Ogłosiły również, że owych najważniejszych praw należy bezwzględnie przestrzegać.
Świnie zaapelowały do wszystkich towarzyszy, aby postawili sobie wielce honorowe zadanie: sianokosy należy ukończyć szybciej niż robił to pan Jones ze swoimi parobkami.
Plony okazały się nadzwyczajne, większe niż się spodziewano. Oczywiste było dla każdego, że stało się to za sprawą świń, które choć same nie pracowały, wykazywały się mądrością przewyższającą inne zwierzęta. Dlatego świnie przewodziły. I dlatego (tak mówiono!), po raz pierwszy wyzbierano wszystko, co ziemia urodziła, do ostatniego źdźbła.
Koniecznie należy tu przypomnieć wspaniałą postawę Boxera, który na każdy problem i przypadkowe niepowodzenie powiadał sobie: „Będę pracował jeszcze więcej”; i zawsze wstawał pierwszy, a na spoczynek udawał się ostatni.
W niedziele zazwyczaj odpoczywano.
Kwaterę główną urządziły świnie w siodlarni. Snowball, oddał swoją pracowitość organizowaniu zwierząt w Komitety: kurom założył Komitet Znoszenia Jaj, krowom Ligę Czystych Ogonów, założono również Komitet Reedukacji Dzikich Towarzyszy mający na celu włączenie wiewiórek i zajęcy do prac na rzecz Folwarku Zwierząt. Zorganizowano również Komitet Zwalczania Analfabetyzmu i po kilku miesiącach nauki każde zwierzę potrafiło (gorzej lub lepiej) czytać. Niektóre potrafiły się nawet podpisać.
I wreszcie wciągnięto na maszt flagę będącą wyobrażeniem przyszłej Wielkiej Republiki Zwierząt. Zieloną, z namalowanym białą farbą rogiem i kopytem. Dobrze się działo na Folwarku Zwierząt. Tak dobrze, że Snowball i Napoleon codziennie wysyłali stadko gołębi do sąsiednich folwarków by głosiły radosną nowinę o powstańczym sukcesie.
A wśród ludzi, pomimo szerzonych pogłosek przez bezpośrednich sąsiadów Folwarku Zwierząt, panów Pilkingtona i Fredericka, o tym, że na dawnym Folwarku pana Jonesa zwierzęta pożerają się wzajemnie, że samce mają wspólne samice, że silniejsze zwierzęta torturują słabsze rozpalonym żelazem, można było znaleźć i takich, którzy z podziwem opowiadali jak to zwierzęta wspaniale sobie radzą.
No i długo nie trzeba było czekać. Przez sąsiednie folwarki przeszła fala Wielkiego Buntu. Krowy rozwalały wiadra z mlekiem, konie zrzucały jeźdźców, owce przewracały ogrodzenia i wyjadały koniczynę. Najbardziej zastanawiające było to, że w zastraszającym tempie szerzyła się znajomość hymnu „Zwierzęta Anglii”; mimo że każde zwierzę przyłapane na choćby nuceniu tej rewolucyjnej pieśni, dostawało niezłe lanie, melodię tą słychać było wszędzie.
Pan Jones nie mógł się pogodzić przegraną!
Choć już minęło sporo czasu, i teraz nie musiał co rano wstawać by siać, orać i wykonywać setki innych czynności, za każdym razem, gdy zasiadał w karczmie nad kufelkiem bursztynowego napoju, odzywała się urażona duma. Z każdym następnym łykiem piwa, coraz dotkliwiej przypominały mu się ślady kopniaków na siedzeniu. Było to tak rzeczywiste, jakby wydarzyło się wczoraj.
Nie mógł z tym żyć, nie umiał zapomnieć. Wreszcie miara się przelała. Przy pomocy kilkunastu najemnych, postanowił zakończyć ten skandaliczny odstępek od prawa naturalnego – któregoś wieczoru, uzbrojeni w dębowe kije, a Jones nawet w dubeltówkę, sprawnym atakiem wdarli się w siedlisko zarazy. Lali mocno. Walili gdzie popadnie. Z całej siły. Nie oszczędzali się. I już się wydawało, że na zawsze wybiją zwierzętom ochotę do buntu, gdy Snowball, jak się później okazało oczytany w kampaniach Juliusza Cezara, taktyczną sztuczką doprowadził do haniebnej klęski owej ekspedycji.
Natarcie zostało odparte, a ludzie, kuśtykając, uciekli w popłochu, żegnani okrzykami tryumfu i obelżywymi słowami zza ogrodzenia Folwarku.
Zwierzęta, co zrozumiałe, szalały z radości. Snowballa i Boxera, wyróżniających się w walce, udekorowano specjalnie na tą okazję uchwalonym medalem „Bohater Zwierzęcy Pierwszej Klasy”.
Było jak w raju.

bull

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

003 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.2

In 003 - Rozdział wstępny - Przypomnienie cz.2, Animal Farm II on 21 kwiecień 2009 at 20:00

102_2342

Major niebawem zmarł, lecz jego prorocze idee pozostały żywe. Niektórzy twierdzili, że są to idee nieśmiertelne, ponadczasowe.
Najlepiej myśli Majora rozumiały trzy świnie: knur Napoleon – nie najlepszy mówca, znany z tego, że zwykle stawiał na swoim, Snowball – knur nieco bardziej wygadany od Napoleona i (jak mówiono) bardziej bystry, ale nie posiadający tak silnego jak Napoleon charakteru, oraz tucznik Squealer – gruby prosiak o przenikliwym głosie mający wielki dar wymowy, a nadto ciekawą przywarę wywołującą uwielbienie słuchaczy (szczególnie żeńskiej części) – w trakcie swoich przemówień wdzięcznie kręcił ogonkiem.
To właśnie te trzy, wybitne jednostki, opracowały nauki zmarłego mistrza w zwarty system filozoficzny, który nazwali Animalizmem i który jak się okazało na długo wstrząsnął światem.
Nie należy się dziwić, że najbardziej oddanymi słuchaczami świń były dwa pociągowe konie – ogier Boxer i klacz Clover. To się da łatwo wytłumaczyć. Po latach ciężkiej pracy, po latach wykonywania bez cienia sprzeciwu cudzych poleceń, nie łatwo przychodziło im samodzielne myślenie. Uważały, że jest ono zupełnie niepotrzebne – po co bowiem komplikować i tak niełatwe życie. Boxer i Clover posiadały również cudowną zdolność przekładania spraw skomplikowanych na zwyczajny i wszystkim zrozumiały język. To one tłumaczyły pozostałym zwierzętom wszystko, co usłyszały od świń – prosto, jasno, i niezwykle zrozumiale.
Gdy zwierzęta na tajnych nocnych zebraniach rozważały zasady Animalizmu, pan Jones z niewiadomych powodów stale popadał w dekadencką apatię i ogromne przygnębienie.
Niektórzy badacze tego problemu zauważają, że być może historia świata toczyłaby się inaczej gdyby pan Jones, jak już wspomnieliśmy właściciel Folwarku, nie popadał tak często w stan chandry, czym uzasadniał swoje nazbyt częste wizyty w miejscowej karczmie. I zapewne jest w tym trochę racji. Bowiem gdyby któregoś, dość pospolitego wieczoru pan Jones, nie został zbudzony hałasem dobiegającym ze spichlerza, i nie wybiegł-był z batem zrobić tam porządek (wszyscy przecież wiedzą jak straszliwie męczący potrafi być trzydniowy kac), zapewne losy świata potoczyłyby się inaczej.
Bo to wtedy pan Jones, resztkami sił walczący z okropnym bólem głowy, z trzęsącymi się kończynami i okropną suchością w trzewiach, nie zwrócił uwagi na to, że zwierzęta, dlatego wyłamały zamknięte wrota chroniące zapasy, bo były po prostu głodne. Bo gdy on już trzecią dobę topił swoje smutki w przydrożnej karczmie, nikt nie zadbał o należny pracowitym mieszkańcom Folwarku posiłek.
Jones, w szale zbudzonego kaca, z pasją rozdzielał baty. Złośliwie starał się uderzać w najbardziej delikatne miejsca i klął przy tym w sposób, którego autor nie śmie powtarzać.
Lecz wówczas…

2009-04-27-16-16-55_0125

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

002 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.1

In 002 - Rozdział wstępny - Przypomnienie cz.1, Animal Farm II on 20 kwiecień 2009 at 20:00

2009-04-27-18-54-03_0193

Rozdział wstępny – Przypomnienie

Uwaga:
Drogi czytelniku, jeżeli uważnie przeczytałeś „Animal Farm” pana G. Orwella, możesz ten rozdział opuścić, bez szkody dla dalszego wykładu.
Któregoś dnia, wiele lat temu, pan Jones, właściciel Folwarku Dworskiego, zanim położył się do łóżka, by jak zwykle nacieszyć się swoją małżonką, panią Jones, napił się zbyt wiele piwa. Gdy wrócił do domu, pani Jones już głośno chrapała, więc i jemu nie pozostało nic innego jak dołączyć do tego chóru. Każdy, kto choć raz przebrał miarkę w piciu złocistego napoju o lekko gorzkawym smaku wie, że w takich razach zasypia się szybko, snem słodkim i kamiennym. Pan Jones, był typowym przedstawicielem swojego człowieczego gatunku, i tak jak człowiek, gdy tylko natrafił na swoje łóżko, błyskawicznie padł na wznak. Nawet się ucieszył, że małżonka słodko spała, bowiem dziś nie byłby w stanie spełnić nawet części jej wieczornych nadziei. Morfeusz jak i znane wszystkim pijącym zawroty głowy łagodnie nim zakołysały, i w chwili, gdy Jones pomyślał, że nie zamknął pomieszczeń, w których trzymał zwierzęta – zasnął.
Nie pierwszy raz to się przydarzyło. Choć trzeba uczciwie przyznać, że zazwyczaj Jones pamiętał o swoich zwierzątkach, które ciężko pracowały, aby mnożyć dobytek swojego właściciela.
W tym samym czasie, gdy z sypialni pana Jonesa dochodziły przerażające odgłosy chrapania zmieszane z niemiłym zapachem przefermentowanego piwa, pracowite stwory zeszły się w wielkiej stodole. Frekwencja była duża, bo stary, nagrodzony wieloma medalami, knur Major obiecał wyjawić sen, jaki miał kontemplując samotność w swojej przegrodzie. Opowiadano sobie wcześniej jakieś zasłyszane fragmenty, jednak nikt nie znał snu w całości. Chodziły słuchy, że Major doznał objawienia a senny prorok ujawnił mu najprawdziwszą istotę życia na ziemi. Major nie dał się długo prosić. Sprawnie przedstawił zwierzętom mądrość tą, którą posiadł dość długo żyjąc, i tą objawioną mu proroczo we śnie. Wizja ta zasadzała się na następującej, odkrywczej obserwacji: „Żyjemy nędznie, harujemy i wcześnie umieramy”. Major, nie bez racji dowodził, że powodem wszystkiego, co złe jest człowiek. To ludzie bezczelnie kradną zwierzętom wszystkie owoce ich ciężkiej pracy, znęcają się na nimi, a w zamian nawet nie zapewniają świadczeń emerytalnych. W końcu sprzedają stare zwierzęta do Taniej Jatki bez żadnego szacunku dla ich wkładu pracy.
Dlatego, zdaniem Majora, jedynym sensownym rozwiązaniem tego problemu jest bezzwłoczne i bez jakichkolwiek słabości, pozbycie się owego ciemiężcy. Wyjątkowa, wprost niezwykła zdolność Majora do mówienia językiem jasnym i prostym pozwoliła przedstawić nocną wizję w trzech, zrozumiałych dla wszystkich, hasłach: „Niech wśród zwierząt zapanuje jedność i solidarność”, „Wszyscy ludzie wrogami”, „Wszystkie zwierzęta braćmi”.

2009-04-27-18-58-02_0212

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

001 – BÓG ZAPŁAĆ, PANIE ORWELL czyli następne pięćdziesiąt lat na Folwarku Zwierząt.

In 001 - BÓG ZAPŁAĆ, PANIE ORWELL on 19 kwiecień 2009 at 20:00

farma1

Motto:

- Mamo, czy czarownice umieją latać?
- Synku, przecież nie ma czarownic.
-Ależ mamo! Ja nie pytam się czy czarownice są czy ich nie ma,
tylko czy umieją latać…
(zasłyszane)

Ważniejsze osoby dramatu (w kolejności ukazywania się wyobraźni czytelnika):

1. Pan Pilkington – znany z pierwszej części, to ten, który wyciągnął w tym samym momencie co świnia Napoleon asa pik.
2. towarzysz Napoleon – wielka postać Światowego Animalizmu, później jego zasługi zostały zweryfikowane a jego zwłoki wyrzucono z mauzoleum i pogrzebano w progu stodoły.
3. Gardłacz – kogut, postać drugiego planu, jednak ojciec znacznej części kurzego rodu na folwarku.
4. Tafuń – kurka japońska, konkubina Gardłacza.
5. Atylla Jones – syn pana Jonesa, później Cesarz Zjednoczonego Cesarstwa Ludzi, po przegranej wojnie popełnił samobójstwo.
6. Mac Gray – sąsiad Atylla Jonesa. W jego stodole prowadzono pierwsze tajne ćwiczenia wojenne.
7. Mac Tabes – młodzieńczy przyjaciel Atylla Jonesa, mistrz słowa. Wsławiony nienawiścią do szczurów.
8. Fireston, Balknut, Zamtuz, Blair – rody czynnie uczestniczące w ataku na Folwark Zwierząt.
9. Mojżesz – kruk, namiestnik Najwyższego na ziemi, głosiciel Prawdziwego Słowa.
10. towarzysz BigPig – prawa ręka towarzysza Squealera, rektor Komitetu Edukacji Odzyskanych Towarzyszy.
11. towarzysz Badly – pies, początkowo szef Wyszkolenia Obronnego, później szef Bezpieczeństwa Republiki Zwierząt.
12. towarzysz Squealer – prawa ręka i sukcesor towarzysza Napoleona.
13. Pini – myszka, narzeczona Pata.
14. Pat – myszka samiec, narzeczony Pini.
15. towarzysz Morras – wyjątkowo wykształcona i odważna świnia.
16. Bony – szczeniak, syn towarzysza Bladego i Sweetgirl.
17. Sweetgirl – żona towarzysza Bladego, matka Bonego.
18. Slowly – osioł, syn Benjamina.
19. Beniamin – osioł, jak wieść głosi, sprzedany przez towarzysza Napoleona na salami.
20. Lofer – dzika świnia o zacięciu rewolucyjnym.
21. Strongpig – szef Wydziału Produkcji.
22. Ferron – koń
23. towarzysz Acidly – ciekawa postać, początkowo szef  Wyszkolenia Sportowego.
24. Bluwool – owca rasy merynos.
25. Scrowbow – owca rasy ildefrans.
26. Najlen – baran rasy southdown.
27. Malleton – koń.

Oraz, jak to na folwarku, kury, kaczki, gęsi, sroki, łabędzie, dziki, perliczki, indyki i wszelka inna zwierzyna.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd

000 – Przedmowa

In 000 - Przedmowa on 18 kwiecień 2009 at 10:46

Motto:

Of the dark past
A child is born;
With joy and grief
My heart is torn.
Calm is his cradle
The living lies.
May love and mercy
Unclose his eyes!
Young life is breathed
On the glass;
The world that was not
Comes to pass.
A child is sleeping:
An old man gone.
O, father forsaken,
Forgive your son!

James Joyce “Ecce puer”

Przedmowa

Pan Eric Arthur Blair, znany pod nazwiskiem George Orwell, wnikliwy obserwator i kronikarz swoich czasów napisał-był onegdaj znakomity podręcznik socjologii, dowcipnie przez niego nazwany „Folwark Zwierząt”.
Pan Orwell zapewne kontynuowałby swoje dzieło gdyby nie jego przedwczesna śmierć. Zrządzeniem losu (a może Bóg tak chciał?) autor niniejszego urodził się w tym samym roku, w którym zakończyło się pracowite życie pana Orwella. Ośmielony takim upoważnieniem, przedstawia czytelnikowi ciąg dalszy przygód mieszkańców Folwarku Zwierząt z nadzieją, że kiedyś, może w roku jego śmierci, urodzi się ktoś, kto dopisze ciąg dalszy. Historia, bowiem kołem się toczy.

Dziełko to dedykowane jest tym, których rzecz dotyczy: ciężko pracującym zwierzętom, jakże często bardzo mało lub zgoła nic nie rozumiejącym z otaczającej ich rzeczywistości. Pozostaje mieć nadzieje, że nie zatracili jeszcze umiejętności czytania, mimo częstych ostatnio reform w resorcie oświaty.

No to do dzieła: Oto świnia Napoleon i pan Pilkington równocześnie zagrali asem
pik…

Zatrzymajmy się na chwilę, zanim bez skrupułów zaczniemy odkrywać tajemnice rzeczywistości świata zwierząt, i przypomnijmy, (bo zapewne mało kto już dzisiaj pamięta) jak doszło do tego, że przy jednym, zapewne okrągłym, stole spotkali się człowiek i świnia.
Jakby nie dość tego, że siedzieli jak równy z równym, to jeszcze równocześnie zagrali asem pik!
Konieczna jest tu jeszcze ważna informacja: wszystko, co tu opisujemy zdarzyło się naprawdę, wcale nie tak dawno, i wcale nie tak daleko. Warto również wiedzieć, że tamte wydarzenia spowodowały wieloletni ferment w jajogłowych zawodach, a sztaby profesorów przy pomocy najnowszych komputerów obliczały i dokonywały wiele skomplikowanych analiz. Niestety, do dziś, nikt nie udzielił wiarygodnej odpowiedzi na to cóż to takiego i dla jakiej przyczyny się wydarzyło.
Natomiast znakomicie wiemy, że minione wydarzenia, jak żelatyna dla pleśni, są znakomitą pożywką dla wielu domorosłych polityków.
To oni z wściekłą satysfakcją, wyciągają różne pikantne zdarzenia, głównie po to, by przeciwnikowi politycznemu, lub, (gdy zachodzi taka potrzeba) również swojemu bezpardonowo dokopać.

przemiana

I myli się ten, który pomyśli, że działanie to ma cel inny niż tylko prymitywna prywata.

I o tym, między innymi, będzie ta powiastka. Przystąpmy zatem do dzieła, bez dalszego ociągania.

_________

Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd