
004 – Rozdział wstępny – Przypomnienie cz.3
Prawdopodobnie nawet tego nie zauważył, że wtedy to przebrał miarę! Zwierzęta, te same, które zazwyczaj pokornie uciekały przed smagającym je rzemieniem, te jego prosiaki, krówki, baranki, ta jego krwawica, ten jego owoc, z którego był dumny na corocznych wystawach hodowców, otóż ta jego „duma” wiedziona jednomyślnym powstańczym duchem, najzwyczajniej w świecie, bezczelnie, i bez dania racji – wykopała go. Ta banda łobuzów wyrzuciła go z jego własnego Folwarku!
I jakby nie dość tej tragedii, to tą schedę rodziny Jonesów, owo magiczne miejsce, w którym zakochana była prapraprababka pana Jonesa, Rosemary Prudence Jones, ten wspaniały folwark, z którego był dumny i ojciec i dziad pana Jonesa – ta banda brudnych zwierząt, ogłosiła samowolnie, nikogo o to nie pytając, samodzielnym, samorządnym i niezależnym Folwarkiem Zwierząt.
Musiało minąć trochę czasu, nim zwierzęta uwierzyły w to, co się stało. W to, że wreszcie są wolne, że wreszcie mogą robić, co zechcą i nikt z zewnątrz, niczego narzucać im nie będzie.
W imię sprawiedliwości, wrzucono do studni wszystkie wędzidła, kółka do nozdrzy i psie łańcuchy. Spalono lejce, baty, i wszystko to, co mogło się kojarzyć z upokarzającą przemocą człowieka; nawet wstążki wplatane koniom w grzywy w dni targowe, z których były takie dumne, nawet słomkowy kapelusz konia Boxera, który zakładano mu latem dla ochrony przed upałem i muchami. Wrzucono to wszystko w płonący stos, aby już nic nie przypominało ucisku pana Jonesa.
Gdy minęła pierwsza radość, Napoleon zaprowadził wszystkich do spichlerza. Tu każdy otrzymał podwójną porcję ziarna. Psy, dodatkowo, przepyszne biszkopty. Co za wspaniały smak wolności. Swawole trwałyby w nieskończoność, gdyby nie świnie. Bardzo rozsądnie przypomniały, że czas rozpocząć sianokosy. Przy okazji, jakby mimochodem stwierdziły, że nauczyły się pisać i czytać (z jakiegoś wyrzuconego z domu pana Jonesa podręcznika) oraz, że wnikliwie przestudiowały Animalizm nieżyjącego już Majora a także i to, że udało im się ująć cały Animalizm w siedem przykazań głównych, które to wypisały kredą na wysmołowanej ścianie stodoły. Ogłosiły również, że owych najważniejszych praw należy bezwzględnie przestrzegać.
Świnie zaapelowały do wszystkich towarzyszy, aby postawili sobie wielce honorowe zadanie: sianokosy należy ukończyć szybciej niż robił to pan Jones ze swoimi parobkami.
Plony okazały się nadzwyczajne, większe niż się spodziewano. Oczywiste było dla każdego, że stało się to za sprawą świń, które choć same nie pracowały, wykazywały się mądrością przewyższającą inne zwierzęta. Dlatego świnie przewodziły. I dlatego (tak mówiono!), po raz pierwszy wyzbierano wszystko, co ziemia urodziła, do ostatniego źdźbła.
Koniecznie należy tu przypomnieć wspaniałą postawę Boxera, który na każdy problem i przypadkowe niepowodzenie powiadał sobie: „Będę pracował jeszcze więcej”; i zawsze wstawał pierwszy, a na spoczynek udawał się ostatni.
W niedziele zazwyczaj odpoczywano.
Kwaterę główną urządziły świnie w siodlarni. Snowball, oddał swoją pracowitość organizowaniu zwierząt w Komitety: kurom założył Komitet Znoszenia Jaj, krowom Ligę Czystych Ogonów, założono również Komitet Reedukacji Dzikich Towarzyszy mający na celu włączenie wiewiórek i zajęcy do prac na rzecz Folwarku Zwierząt. Zorganizowano również Komitet Zwalczania Analfabetyzmu i po kilku miesiącach nauki każde zwierzę potrafiło (gorzej lub lepiej) czytać. Niektóre potrafiły się nawet podpisać.
I wreszcie wciągnięto na maszt flagę będącą wyobrażeniem przyszłej Wielkiej Republiki Zwierząt. Zieloną, z namalowanym białą farbą rogiem i kopytem. Dobrze się działo na Folwarku Zwierząt. Tak dobrze, że Snowball i Napoleon codziennie wysyłali stadko gołębi do sąsiednich folwarków by głosiły radosną nowinę o powstańczym sukcesie.
A wśród ludzi, pomimo szerzonych pogłosek przez bezpośrednich sąsiadów Folwarku Zwierząt, panów Pilkingtona i Fredericka, o tym, że na dawnym Folwarku pana Jonesa zwierzęta pożerają się wzajemnie, że samce mają wspólne samice, że silniejsze zwierzęta torturują słabsze rozpalonym żelazem, można było znaleźć i takich, którzy z podziwem opowiadali jak to zwierzęta wspaniale sobie radzą.
No i długo nie trzeba było czekać. Przez sąsiednie folwarki przeszła fala Wielkiego Buntu. Krowy rozwalały wiadra z mlekiem, konie zrzucały jeźdźców, owce przewracały ogrodzenia i wyjadały koniczynę. Najbardziej zastanawiające było to, że w zastraszającym tempie szerzyła się znajomość hymnu „Zwierzęta Anglii”; mimo że każde zwierzę przyłapane na choćby nuceniu tej rewolucyjnej pieśni, dostawało niezłe lanie, melodię tą słychać było wszędzie.
Pan Jones nie mógł się pogodzić przegraną!
Choć już minęło sporo czasu, i teraz nie musiał co rano wstawać by siać, orać i wykonywać setki innych czynności, za każdym razem, gdy zasiadał w karczmie nad kufelkiem bursztynowego napoju, odzywała się urażona duma. Z każdym następnym łykiem piwa, coraz dotkliwiej przypominały mu się ślady kopniaków na siedzeniu. Było to tak rzeczywiste, jakby wydarzyło się wczoraj.
Nie mógł z tym żyć, nie umiał zapomnieć. Wreszcie miara się przelała. Przy pomocy kilkunastu najemnych, postanowił zakończyć ten skandaliczny odstępek od prawa naturalnego – któregoś wieczoru, uzbrojeni w dębowe kije, a Jones nawet w dubeltówkę, sprawnym atakiem wdarli się w siedlisko zarazy. Lali mocno. Walili gdzie popadnie. Z całej siły. Nie oszczędzali się. I już się wydawało, że na zawsze wybiją zwierzętom ochotę do buntu, gdy Snowball, jak się później okazało oczytany w kampaniach Juliusza Cezara, taktyczną sztuczką doprowadził do haniebnej klęski owej ekspedycji.
Natarcie zostało odparte, a ludzie, kuśtykając, uciekli w popłochu, żegnani okrzykami tryumfu i obelżywymi słowami zza ogrodzenia Folwarku.
Zwierzęta, co zrozumiałe, szalały z radości. Snowballa i Boxera, wyróżniających się w walce, udekorowano specjalnie na tą okazję uchwalonym medalem „Bohater Zwierzęcy Pierwszej Klasy”.
Było jak w raju.

_________
Copyright by Witold Skaczkiewicz © 2005-2009
All rights reserverd




