Część druga
Rozdział pierwszy
Miał to być kolejny, pracowity dzień na Folwarku Zwierząt – niczym nie różniący się od poprzednich. A tu, z niewiadomych powodów, gołębie wyleciały później niż zwykle….
- Patrzcie, jak te leniwe śmierdziele wyglądają! Zupełnie im odbiło… Nie dość, że te przydupasy stale leniuchują, to jeszcze jakieś żarty sobie stroją! – Po Folwarku rozległy się słowa, w zasadzie niedopuszczalnej, krytyki.
A na niebie działy się rzeczy dziwne: oto wszystkie szybujące pod niebem gołębie, dotychczas śnieżnobiałe, dziś miały skrzydła czarne. I gdyby takich wariatów było chociaż kilka, można by wówczas powiedzieć, że robią sobie głupi żart.
Ale wszystkie? Bez wyjątku!?
Nie zwiastowało to niczego dobrego.
- Cóż to im się stało? – zapytała, jak zwykle przestraszona maleńka myszka Pini, swojego towarzysza życia, równie strachliwego Pata.
- Nie wiem, nie wiem, ale jak znam życie, to nic dobrego…
- Pat stojąc na tylnych łapach, wpatrywał się w niebo. Tak wysoko zadarł swoją małą główkę i tak wyciągnął swoje ciało, że Pini rozdziawiła buzie. Przez moment wydało jej się że Pat jest wielkim szczurem.
- Och! Pat! Jaki ty jesteś piękny, taki wielki… – Pini patrzyła na Pata z podziwem.
- Pini! Spójrz tam… Popatrz! W pałacu zasłaniają okna czarnym materiałem… – Pat zachęcał przyjaciółkę by weszła mu na czubek głowy.
Rzeczywiście, w dawnym domu pana Jonesa nazywanym przez myszy, pałacem, świnie zasłaniały okna kirem.
Myszki patrzyły zdumione. Nic nie rozumiały. Wreszcie Pat, nie wiadomo czy dlatego że odczuł ciężar stojącej mu na głowie Pini, czy może z autentycznego znudzenia powiedział: – Wiesz, co, Pini… Nic mnie to nie obchodzi. Ta sprawa śmierdzi!
Gołębie na czarno, okna na czarno, kruki na czarno…. Tak czy inaczej to nie nasz interes. Spadamy stąd… Chodźmy do spichlerza! Najemy się wreszcie do syta, marzę o tym od kilku dni.





To jest doskonałe, fantastycznie się czyta…
Popieram – to się czyta lepiej niż Orewlla
Dawno nie czytałam tak fajnie napisanej powieści. Poprosze o nastepne odcinki.